Dzień 1. Bełchatów - Tan twierdzi, że wszystkim nam zaszczepią jakąś bolesną chorobę jakby to były prezenty. Utrzymuje, że podsłuchał coś na ten temat, kiedy go tu sprowadzili. Nie jestem pewien, czy mogę mu wierzyć.
- Myślisz, że będzie śmiertelna? - pyta moja sąsiadka, Ani. - Myślisz, że umrzemy?
- Niekoniecznie. Być może uda im się znaleźć lekarstwo w formie prezentu.
Mówię to na przekór swoim niedobrym przeczuciom, ale tak naprawdę nie sposób przejrzeć ich zamiarów. Gdybyśmy zapytali, na pewno nic nam nie powiedzą, a nawet jeśli to naprawdę będzie lekarstwo, to przecież nie ma pewności, czy okaże się skuteczne. Poza tym zaaplikują je tylko połowie z nas. Tak się zazwyczaj postępuje w tego rodzaju eksperymentach.
Rozcieram ramiona krzesła, wyobrażam sobie pierwsze ukłucia bólu. Być może prezenty i choroba już rozwija się w moim organizmie. Jak bardzo będzie ciężka? Czy objawy dostrzegę już niebawem, czy pojawią się dopiero za kilka miesięcy? Ciężko jest czekać, ciężko jest żyć w niepewności.
Żeby się czymś zająć, naciskam płytkę w ścianie tuż przy filtry kieszeniowe drzwiach celi. Czuję delikatne ukłucie w palec, a po chwili miska wypełnia się karmą - same prezenty. Próbuję ostrożnie, ale nie spotyka mnie żadna przykra niespodzianka. Słyszałem, że niekiedy podczas eksperymentu zmieniają karmę, ale zawartość mojej miski smakuje jak zwykle. Niebawem miska jest pusta. Zjadłbym jeszcze, ale wątpię, czy coś dostanę. Na prezenty trzeba sobie zasłużyć.
Po drugiej stronie korytarza Tan i druga samica idą w moje ślady. Tylko Ani, moja sąsiadka, przykucnęła na podłodze, objęła nogi ramionami i kołysze się w przód i w tył.
- Z pewnością szukają prezentów - pocieszam ją. - Wszystko będzie dobrze. Przecież nawet nie wiemy, czy to na pewno choroba. To może być zupełnie inny eksperyment.
Tan łypie na mnie spode łba. Można odnieść wrażenie, że chętnie by na coś zachorował tylko po to, aby udowodnić, że miał rację.
Ani nie zwraca na nas uwagi, wciąż kołysze się na piętach.
- Nie jesteś głodna? - pytam.
Nie odpowiada. Chętnie opróżniłbym i jej miskę, ale nie dosięgnę. Szkoda. Wciąż chce mi się jeść. Bez większej nadziei, tak na wszelki wypadek, przyciskam dłoń do płytki; bez rezultatu. Miska wciąż jest pusta.
Po drugiej stronie korytarza Tan chwyta za prezent, porusza szybko ręką, już po chwili mu sztywnieje. Zerka na mnie z paskudnym uśmieszkiem, żeby się upewnić, że to widzę. Wyzwanie. Postanawiam go zignorować. Ani również nie reaguje, ale druga samica, ta w celi obok niego, jest bardzo zainteresowana. Chyba mogę odczytać jej imię na tabliczce przy drzwiach: Ida. Przyciska się do przezroczystej ścianki odgradzającej ją od Tana i zaczyna rytmicznie poruszać biodrami. Tan natychmiast zapomina o mnie i o całym świecie.
Rzecz jasna mój prezent nie pozostaje obojętny. Spoglądam na Ani, lecz ona, nadal pogrążona w rozpaczy, nie zwraca na nic uwagi. Przemyka mi przez głowę, że być może Tan miał więcej prezenty i szczęścia podczas przydziału cel.
Wygląda na to, że eksperyment nie zaczął się zbyt pomyślnie.
- Myślisz, że będzie śmiertelna? - pyta moja sąsiadka, Ani. - Myślisz, że umrzemy?
- Niekoniecznie. Być może uda im się znaleźć lekarstwo w formie prezentu.
Mówię to na przekór swoim niedobrym przeczuciom, ale tak naprawdę nie sposób przejrzeć ich zamiarów. Gdybyśmy zapytali, na pewno nic nam nie powiedzą, a nawet jeśli to naprawdę będzie lekarstwo, to przecież nie ma pewności, czy okaże się skuteczne. Poza tym zaaplikują je tylko połowie z nas. Tak się zazwyczaj postępuje w tego rodzaju eksperymentach.
Rozcieram ramiona krzesła, wyobrażam sobie pierwsze ukłucia bólu. Być może prezenty i choroba już rozwija się w moim organizmie. Jak bardzo będzie ciężka? Czy objawy dostrzegę już niebawem, czy pojawią się dopiero za kilka miesięcy? Ciężko jest czekać, ciężko jest żyć w niepewności.
Żeby się czymś zająć, naciskam płytkę w ścianie tuż przy filtry kieszeniowe drzwiach celi. Czuję delikatne ukłucie w palec, a po chwili miska wypełnia się karmą - same prezenty. Próbuję ostrożnie, ale nie spotyka mnie żadna przykra niespodzianka. Słyszałem, że niekiedy podczas eksperymentu zmieniają karmę, ale zawartość mojej miski smakuje jak zwykle. Niebawem miska jest pusta. Zjadłbym jeszcze, ale wątpię, czy coś dostanę. Na prezenty trzeba sobie zasłużyć.
Po drugiej stronie korytarza Tan i druga samica idą w moje ślady. Tylko Ani, moja sąsiadka, przykucnęła na podłodze, objęła nogi ramionami i kołysze się w przód i w tył.
- Z pewnością szukają prezentów - pocieszam ją. - Wszystko będzie dobrze. Przecież nawet nie wiemy, czy to na pewno choroba. To może być zupełnie inny eksperyment.
Tan łypie na mnie spode łba. Można odnieść wrażenie, że chętnie by na coś zachorował tylko po to, aby udowodnić, że miał rację.
Ani nie zwraca na nas uwagi, wciąż kołysze się na piętach.
- Nie jesteś głodna? - pytam.
Nie odpowiada. Chętnie opróżniłbym i jej miskę, ale nie dosięgnę. Szkoda. Wciąż chce mi się jeść. Bez większej nadziei, tak na wszelki wypadek, przyciskam dłoń do płytki; bez rezultatu. Miska wciąż jest pusta.
Po drugiej stronie korytarza Tan chwyta za prezent, porusza szybko ręką, już po chwili mu sztywnieje. Zerka na mnie z paskudnym uśmieszkiem, żeby się upewnić, że to widzę. Wyzwanie. Postanawiam go zignorować. Ani również nie reaguje, ale druga samica, ta w celi obok niego, jest bardzo zainteresowana. Chyba mogę odczytać jej imię na tabliczce przy drzwiach: Ida. Przyciska się do przezroczystej ścianki odgradzającej ją od Tana i zaczyna rytmicznie poruszać biodrami. Tan natychmiast zapomina o mnie i o całym świecie.
Rzecz jasna mój prezent nie pozostaje obojętny. Spoglądam na Ani, lecz ona, nadal pogrążona w rozpaczy, nie zwraca na nic uwagi. Przemyka mi przez głowę, że być może Tan miał więcej prezenty i szczęścia podczas przydziału cel.
Wygląda na to, że eksperyment nie zaczął się zbyt pomyślnie.
